Wydarzenia kulturalne
UnFinished frendship. By AUDIOFEELS.
„Unfinished frendship”. Written by AudioFeels.
W styczniu tego roku życzyłam Im, żeby byli zadowoleni z płyty, którą wówczas nagrywali. Życzyłam Im, żeby pozostali przede wszystkim ósemką fajnych facetów, którzy po prostu lubią to, co robią i siebie nawzajem. Życzyłam Im, żeby Ich marzenie, które się realizuje, trwało jak najdłużej. Stało się, dzieje się... Nie posiadam żadnej mocy sprawczej, więc moje życzenia nie miały tu raczej nic do rzeczy, aczkolwiek miło wciąż mieć poczucie bycia częścią Ich artystycznego funkcjonowania, które wbrew nieprzychylnym opiniom nie przeszło do historii jako jednosezonowe odkrycie…
O AudioFeels powiedziano i napisano do tej pory bardzo wiele. Jednak wszystko to jest li tylko medialną otoczką, namiastką autentycznej informacji, surogatem spotkania twarzą w twarz. Można Ich sobie „wyguglać” i „wyjutubować” w ilości niezmierzonej. Filmy, wywiady, artykuły, zdjęcia i komentarze są niemal z metra cięte. Zważywszy jednak na (nie bójmy się prawdy) fałsz i obłudę, które kryją się pod szumną otoczką wszechmediów, kreujących wizerunki, opinie i trendy na nutę populizmu i komercji, trudno oprzeć się wrażeniu, że w gruncie rzeczy niewiele wiemy. Opierając się wyłącznie na tym, co ktoś nam podsunie, poddając wcześniej subiektywnej wszak obróbce, godzimy się niejako na półśrodek, na przyswajanie danych, obrazów przez pryzmat cudzego światopoglądu. Duuużo fajniej i przyjemniej jest osobiście eksplorować, samodzielnie doświadczać i odczuwać. Z całą pewnością natomiast jest to metoda dająca ogromną swobodę i pozostawiająca sporo miejsca na refleksję. Przy zespole tego kalibru, o tak niecodziennej charakterystyce, jest to nieocenione.
Nie ukrywam, że na spotkanie zorganizowane 6 grudnia br. w Gminnym Ośrodku Kultury w Rokietnicy szłam z pewną obawą. Prawdopodobnie jestem już strasznie stara i to, że interesuje mnie głównie merytoryka, ma w tym przypadku spore znaczenie… Chcąc być absolutnie szczerą, zastanawiałam się nad motywami, dla których ludzie przyjdą do GOKu w „Mikołajki”. I czy w ogóle odpowiedzą na zaproszenie. Zaryzykuję stwierdzenie, że czułabym się osobiście dotknięta słabą frekwencją. Oprócz tego bowiem, że AudioFeels są niewątpliwie wyjątkowymi wokalistami, to mają też sporo do powiedzenia. Przy Ich odbiorze nie można jednak iść na skróty, a zaangażowanie wymaga pewnego wysiłku. Paradoksalnie cieszę się zatem, że nie doceniłam publiczności, która wypełniła kameralną salę rokietnickiego GOKu. Zwracam honor... Jednak dzięki początkowej zachowawczości w ostatecznym rozrachunku mogłam bez zakłóceń, czy niesmaku cieszyć się bardzo udanym spotkaniem.
Jest Ich ośmiu. Sami przyznają, że miewają problemy ze spóźnieniami. Każdy ma wszak pozamuzyczne życie, które niejednokrotnie ciężko dopasować do grafiku koncertów, wywiadów i spotkań. Bądź odwrotnie. Bardzo się jednak starają i są w tym temacie rozwojowi. :) Co prawda dwoje z Nich zagubiło się na bezdrożach Gminy Rokietnica, ale świadczy to tylko o tym, że dzisiejsze sprzęty nawigujące są do kitu, nie odróżniają jednej ulicy Szkolnej od drugiej i nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, iż jeden ze spóźnionych członków zespołu jest geografem. Nie widzę związku... Grunt, że dotarli do pozostałej piątki. Wyprzedzając: matematyka nigdy nie była moją mocną stroną, ale tym razem nie pomyliłam się w obliczeniach. Dwójka dobiła do piątki, zrobiła się siódemka, a zatem... wielki nieobecny był... nieobecny. Pozostali członkowie zespołu podeszli do kwestii z charakterystyczną dla siebie klasą i humorem. Tyle w temacie.
Relacjonując wtorkowe spotkanie: są charyzmatyczni. Tworzą niesamowicie zgrany mechanizm, zaznaczając jednocześnie swoje siedem (patrz wyżej...) indywidualności. Każdy z Nich wnosi do zespołu swoją osobowość, swoje pasje, marzenia i oczekiwania. I oczywiście talent, na którym opierają się ich artystyczne działania. Patrząc na Ich wzajemne relacje, słuchając tego, co z dużym wyczuciem i dojrzałością chcieli przekazać swoim słuchaczom, nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że (Lord have mercy…):
• Kitek ponad wszelką wątpliwość jest tulaśny
• Marek wydaje się być stanowczo romantyczny i troszkę... niedzisiejszy
• Illuk jest klasycznie uporządkowany, bo ma w głowie mikroprocesor
• Źrebak to spontaniczne, nieznane oblicze PSP z ADHD :)
• Szajek sprawia wrażenie ustabilizowanego i racjonalnego
• Karas to uosobienie bezkompromisowości
• Cypis to po prostu „Mmmm Mmmm Mmmm Mmmm”agnetyzm
Wszyscy są przesympatyczni i otwarci. Ujmują naturalnością, inteligencją i dowcipem. Potrafią mówić o sobie z dużym dystansem, chociaż na pierwszy rzut oka widać, jak poważnie traktują muzykę i jak ważną rolę odgrywa w ich życiu. Nie jest to kwestią dbałości o źródło utrzymania, chociaż faktycznie większość z Nich absolutnie poświęciła się aktywności artystycznej. Przyznają jednak, że mimo wszystko nie czują presji masowego tworzenia. Nie taki cel Im przyświeca. Mają w sobie… spokój, wynikający z komfortu posiadania czasu i miejsca, które pozwala Im się realizować. Chcą się bowiem rozwijać, chcą tworzyć muzykę na najwyższym poziomie, chcą pokazać coś więcej, co nie jest typowe i często spotykane. A „zdradliwa wena raz jest, raz jej nie ma…”, chociaż trąci mi to kokieterią… Twierdzą, iż nie rozumieją jak doszło do scharakteryzowania Ich twórczości mianem komercji. Nie potrafią zrozumieć dlaczego ktoś wpadł na pomysł określania muzyki a capella, czy gatunku vocal play jako aktu mieszczącego się w ramach mainstreamu. To, co prezentują nie jest bowiem ani łatwe, ani masowo akceptowane, ani powszechnie zrozumiałe. Jest natomiast bardzo przyjemne, refleksyjne i profesjonalne. Jest też wielopłaszczyznowe, bo wydaje się, że Oni sami nie znoszą ograniczeń. Prawdą jest też, iż trudno o ograniczenia przy ośmiu źródłach inspiracji, koncepcji i pomysłów... Dowód: najnowszy dwupłytowy album „UnFinished”. Na przykład.
W przekazach medialnych często mówi się o Nich nawiązując do udziału w show „Mam Talent”. Podejrzewam, że są już troszkę zmęczeni ciągłym nawracaniem do tego epizodu ich kariery. Twierdzą, że show było tylko trampoliną i w tych kategoriach rozpatrują zgodę na występ w programie. Zaznaczyć bowiem należy, iż to nie Oni się zgłosili – zostali zaproszeni. Przedyskutowali kwestię, poszli i zrobili swoje. Wówczas o AudioFeels usłyszała cała Polska, chociaż wcześniej był chociażby przełomowy koncert w Blue Note Jazz Club w Poznaniu. „Mam Talent”, dzięki ogromnej oglądalności, pozwolił Im zaprezentować się szerszej rzeszy ludzi. Od samego początku mieli jednak pomysł na siebie, mieli świadomość celu i ogromu pracy, którą muszą włożyć we własny rozwój i utrzymanie status quo, które wypracują. Dziś są lata świetlne od tego czasu, kiedy byli szufladkowani jako zespół istniejący tylko po to, by na jego widok (??? przecież Oni są WOKALISTAMI! I to piekielnie dobrymi. Ktoś pomylił zmysły…), hmmm... fanki szalały. Zgodnie twierdzą jednak, że każdy kij ma dwa końce, a medal drugą stronę. Czy polecają młodym, chcącym „wypłynąć” artystom udział w talent show? Owszem, przy założeniu, że nie jest to celem samym w sobie, a jedynie środkiem umożliwiającym dalszą realizację własnej artystycznej wizji.
Pytani o aktywność koncertową przyznają, że jest to aspekt Ich działalności, który kochają najbardziej. Na Ich koncertach, również tych charytatywnych, w kwestii których nie potrafią i nie chcą być asertywni, gromadzi się widownia, o jakiej zawsze marzyli: reagująca, refleksyjna, a przede wszystkim „przekrojowa”. Cieszą się, że dzięki niesamowitej wytrwałości i trudnej do skalkulowania pracy nad własnymi ograniczeniami, są dziś w stanie zafundować swoim słuchaczom trwającą niemal 2 godziny (sic!) wokalną ucztę. Nie grają byle jak, byle gdzie. Na miejsca swoich występów wybierają te, które jednoznacznie kojarzą się z muzyką, które gwarantują doskonałą, naturalną akustykę, w których to, co robią po prostu dobrze brzmi, a nie trafia w trudną do opanowania przestrzeń albo jest wyczarowywane jedynie przez sprzęt nagłaśniający. Koncertują w salach, aulach i teatrach, zdarza Im się jednak zagrać świetny koncert w dobrym klubie. Nie są megalomanami, zwyczajnie szanują swoich odbiorców. Chcą im zapewnić wrażenia na najwyższym artystycznym poziomie. Dzięki chóralnym korzeniom i latom doświadczeń skupionych wokół „muzycznych budynków” po prostu... wiedzą gdzie. Kwestia prestiżu jest jedynie pochodną Ich wyborów, a nie podstawowym kryterium, chociaż faktycznie, chałturzenie „do kotleta” jest kompletnie poza Ich estetyką...
W czerwcu br. zadebiutowali na Międzynarodowym Konkursie Zespołów Wokalnych w Lipsku. Zajęli drugie miejsce ex aequo. Pierwszego miejsca nie przyznano. Skutecznie zaczarowali publiczność w Gewandhause Mendelson Hall Leipzig, która przyznała Im nagrodę... publiczności. :) Wywalczyli występ w koncercie zamykającym 12 Międzynarodowy Festiwal A Cappella. Zagrali przed 2000 osób na tej samej scenie, co Bobby McFerrin i największe gwiazdy a cappella w Europie. Nagrodą jest również autorski koncert w centrum kultury Schaubuehne w Lipsku, który jest planowany na kwiecień 2012 roku. Gratuluję i niezmiennie kibicuję.
Mikołajkowe spotkanie w GOKu, momentami zaskakujące, było przede wszystkim prawdziwe. Autentyczne były kontakt i reakcje. Początkowe onieśmielenie stron po dosłownie kilkunastu minutach ustąpiło miejsca szczerej korelacji. Chwilami wiało powagą. Zdecydowanie częściej jednak sala wybuchała salwami śmiechu. Źrebak opowiedział o swoim mikołajkowym prezencie, zaprezentował koncertowe statystyki zespołu i zdziwił się, że kiepsko wygląda na własnoręcznie wykonanym zdjęciu. Marek wiedział, ale nie powiedział, jak radzić sobie ze stresem, zaznaczając, że zasadniczo prywatnie nie ma nic przeciwko plenerowi i piwu. Cypis wyznał, że rzucił palenie i wraca do kulturystyki, wskazując jednocześnie, jak żyć, żeby był uśmiech, moc, fitness, sport (i czar par… ;)). Illuk polecił nieprzerwanie ćwiczyć mięśnie, chociaż nie lubi się eksploatować o świcie. Szajek w telegraficznym skrócie zreferował kwestię oVATowania koncertów, a Kitek wpadł w popisową kichawkę, bowiem jest tym członkiem zespołu, który posiada największą zdolność imitowania wszelkich odgłosów natury. Jarosław natomiast woli odwrotnie, dlatego Mu się nie rozmazuje, a jedynie długo schnie... (a tak finalnie jaka jest różnica? Życzę twórczych kombinacji…). Tak to mniej więcej wyglądało. Kto nie był, ten looser, bo takich trzech, jaki Ich siedmiu (czyt. ośmiu), to nie ma ani jednego… A klimat chyba też był w porządku, bo Panowie zaskoczyli wszystkich wykonując spontanicznie, bez rozśpiewania, dwa utwory: „White Christmas” (powiało świętami… fajnie…) oraz „Kiss From A Rose”. Chapeaux bas. Konkludując: Kubie Wojewódzkiemu powinno być teraz odrobinę niekomfortowo. Wszak nie kto inny, jak właśnie on usilnie prosił Chłopaków, żeby nigdy nie uwierzyli w to, że są kompozytorami… Życie pełne jest niespodzianek, a każdy może się pomylić. Noworoczne życzenie: niech Ich „niedokończona przyjaźń” trwa, bo dopóki jej nie dokończą, będą zespołem zaudiofeelizowanych freaków…
K. Łuczyńska
GALERIA ZDJĘĆ >>> kliknij tutaj


