Aktualności

Wyprawa na Antarktykę

data publikacji: 08/10/2019

KATEGORIA: Kultura

Mija dzień 32. W naszej spiżarni skończył się ketchup, od dawna nie ma już świeżych warzyw i sklepowego piwa. Na dworze zamieć śnieżna, wyjść bez rękawiczek i okularów się nie da. Wieje tak mocno, że lekkie kobiety po prostu latają, a śnieg i kawałki lodu tną zmrożoną twarz. Jest początek Antarktycznej wiosny, za oknem mróz i metrowe zaspy śniegu. Przez okno widzę kawał zatoki i latarnię morską na skale. Dziś niedziela, dlatego zostajemy w bazie i każdy robi, co chce. Poza tym nie ma pogody na zewnętrzne akcje. W takiej śnieżycy ciężko się stoi i co dopiero idzie czy wspina, ale może później coś się poprawi.

Cofnijmy się troszkę w czasie. Koniec lipca jak co roku spędzałem prawie na biegunie Północnym, przed wyjazdem informacja, jaka dotarła do mnie, była zaskakująca, bo przyspieszyła mój wyjazd o trzy i tak bardzo intensywne miesiące. Mówią, że biletu w kosmos się nie odmawia. Antarktyda brzmi jak kosmos, więc i ja nie odmówiłem. Trzy tygodnie po powrocie ze Spitsbergenu byłem już w samolocie do Chile. Zajęliśmy miejsca i w siedem osób ruszyliśmy na długą przygodę życia. Przystanek w Paryżu i Santiago de Chile były zbyt krótkie, żeby zwiedzać miasta. Lot był spokojny, dostaliśmy całkiem dobre jedzenie i trochę napojów. Po dwudziestu ośmiu godzinach podróży dotarliśmy do Punta Arenas. Na lotniku stał pan z kartką z moim nazwiskiem. Po raz pierwszy taka sytuacja i to tak daleko od domu. To było tak niespodziewane. Mieliśmy łącznie dwadzieścia jeden dużych toreb, skrzyń i plecaków podręcznych. Mnóstwo ciężkiego bagażu o dość sporej wartości. Różne sondy, czujniki i drony, w sumie około miliona złotych na lotniskowych wózkach. Wrzuciliśmy wszystko do bagażnika dostawczego samochodu i ruszyliśmy w stronę hotelu. Nasze apartamenty ulokowane w centrum Punta zajęliśmy na cztery noce. Pierwszego dnia zwiedziliśmy miasteczko, drugiego poszliśmy do muzeum na obrzeżach, a trzeciego mieliśmy jechać na koniec świata „Fin del Mundo”. Realia były inne. Kaucja za samochód była wysoka, a nikt z nas tylu tysięcy na koncie nie miał przed wyjazdem, więc utknęliśmy w mieście. Zrobiliśmy tour po innej części miasta, poszliśmy na plażę oglądać ptaki i cieszyć się lokalnymi trunkami. Ostatnimi prawdziwymi.

Przyszła informacja, że nasz lot jest według planu. To najbardziej wrażliwy moment tego wyjazdu, planowany od kilku zaledwie miesięcy i najmniej pewny. Rano nasze bagaże przenosiliśmy pod hotel, gdzie zatrzymało się brazylijskie wojsko. To właśnie z nimi mieliśmy lecieć na wyspę Króla Jerzego. O ósmej trzydzieści meldujemy się z torbami przed hotelem. Autobus zostaje zapakowany, my udajemy się do urzędu imigracji, żeby wbili nam do paszportu pieczątki o wyjeździe z kraju. Udało się bez łapówki i to dość szybko. Wróciliśmy pod autobus, ale go już nie było. Zawiózł część żołnierzy na lotnisko i po chwili wrócił po nas. Pojechaliśmy wspólnie z resztą wojska. W drodze poproszono nas o to, by nie robić zdjęć na terenie lotniska i słuchać poleceń. Poczuliśmy się jak w armii, choć przez chwilę. Zapakowaliśmy nasze bagaże do bagażnika Herkulesa i weszliśmy do środka

Jestem, jestem tam, gdzie marzyłem od kilku lat, to była walka o to, by dotrzeć na te wyspę, w to miejsce. Wszystko otacza lód, śnieg i wiatr. Jestem na końcu świata, kolejnym swoim końcu świata. Będę tu długo. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy, czuję Antarktyczny podmuch zimna, wszędzie biało, prawie płaczę ze szczęścia. Po raz kolejny udowodniłem sobie, że można, że cele się spełnia, a może to zrobić każdy z nas, trzeba chcieć, ja chciałem. Wrócimy do tego, co się dalej działo. Rozładowaliśmy samolot, bagaże wrzuciliśmy na nowego Hilux’a, który zamiast kół miał gąsienice. Pojechaliśmy do małego budynku obok hangaru. Zjedliśmy ciasteczko, wypiliśmy herbatkę i oczekiwaliśmy na dalsze decyzje. Wylądowaliśmy w chilijskiej stacji wojskowo-naukowej na wyspie Króla Jerzego. Do docelowego miejsca zostało nam półgodziny drogi, ale drogi śmigłowcem. Zanim to nadeszło, dostaliśmy lokum w jednym z domków INACHu, czyli Chilijskiego Instytutu Antarktycznego. Spędziliśmy tam miło czas. W trakcie wieczoru zjedliśmy kolację i obejrzeliśmy prezentację zdjęć jednego z szefów tamtejszej bazy. Tego dnia transportowaliśmy jeszcze nasze torby do domków. Przy jednym przejeździe nasz gąsienicowy potwór źle wjechał w zakręt i „koło” wykrzywione wbiło się w zderzak. Pojazd zapadł się w śniegu. Mały wypadeczek na początek wyjazdu to chyba dobra wróżba. Jakoś dojechaliśmy do domku. Musiałem jeszcze pojechać po dwie torby, jedną z warzywami, a drugą z butelkami pożądanych na wyspie płynów. Do tej trasy użyliśmy quada na gąsienicach. To była jazda. Śnieg sypał po twarzy, mróz ciął czoło, ale frajda ogromna – górka, dół, lewo, prawo. Śpieszyliśmy, jak byśmy uciekali z napadu na bank, a nikt nas przecież nie gonił.

Kolejny dzień miał być bardzo ekscytujący, piękna pogoda, całkiem dobre śniadanie. Od rana pracowaliśmy nad pakowaniem i znowu transportem rzeczy na lotnisko. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Śmigło mogło zabrać maksymalnie cztery osoby i 350kg zaopatrzenia. Pomysł chilijskiego wojska był taki, że najpierw pojedziemy my, potem cargo. Znając południowy charakter, nie zgodziliśmy się na to. Część nas, część bagażu, dwie tury. Na pierwszy strzał poszły osoby, które były już na stacji i znały ludzi. Obserwowaliśmy start naszej czerwonej strzały, robiła ogromne wrażenie. Moc śniegu, jaki się podniósł w trakcie startu, była ogromna, chwila moment i nastała cisza. Odlecieli. Czekaliśmy ponad godzinę zanim wrócili. Ostatnia herbatka w „Chile” i nasza kolej. Bagaże zważone, trochę przekraczamy masę, ale nasz Tom Cruise powiedział „No Problemo Amigos”. Z uśmiechem weszliśmy do maszyny. Dostaliśmy profesjonalne wygłuszające nauszniki M3, rozmiar uniwersalny. Zapanowała cisza. Pilotem była Valentina. Oj, cudo kobieta. Piękna i z takimi umiejętnościami w rękach, że niejeden facet oddałby za nią wszystko. Przełączniki nad kokpitem załączone, elektryka, liczniki. Sceny jak z filmów. Podłączony do prądu śmigłowiec zaczyna kręcić. Turbina wybrzmiała, warkot silnika zrobił gigantyczne wrażenie, śnieg po raz kolejny lata, nie wiedząc, w którą stronę powinien. Czuć było wibracje, ciarki przechodziły po plecach. Na bezdechu słuchaliśmy, jak turbina rozpędza śmigła. Wszystko wirowało, wirował też mój umysł. Byłem trochę podniecony. Oderwaliśmy się od ziemi, emocje opadły. Po prostu lecieliśmy. Widoki były nieziemskie. Dobra widoczność, lodowce, zamarznięta zatoka i bezkres nietkniętej planety. Poczucie wolności i spełnienia kolejnych marzeń powoli docierało do głowy. Człowiek z małej wsi wisi nad oceanem południowym i ogląda miejsca, gdzie za dwa tygodnie będą tysiące pingwinów. Lecieliśmy 25 minut spokojnie wzdłuż wybrzeża. Zobaczyliśmy stacje, kilka żółtych budynków. Serce zaczęło raz jeszcze bić mocniej, to mój dom na kolejne półtora roku. Wszystko wyglądało dookoła pięknie i czysto – po prostu biało. Ta pozorna cisza skończyła się w momencie, kiedy Valentina spojrzała w oczy Toma Cruisa. Zaczęło się. Drążek oddany, my spadamy. W przedniej szybie ukazują się kry zamarzniętego lodu na wodzie. Dwie sekundy później dociska nas już w fotele i kry są w lewym oknie, a my przechyleni siedzimy bokiem do świata. Kręcimy się w kółko po czym zmieniamy stronę i na drugi bok. Jesteśmy już centymetry nad lodem, lecimy nisko i bardzo szybko. Drążek zaciągnięty, wznosimy się kilkaset metrów w górę i widzimy wszystko. Nisko przelecieliśmy nad stacją, jeszcze dwa kółeczka i podejście do lądowania. Dzień dobry, mój nowy domie.

Spędzę tu ponad półtora roku. Szczęśliwy jestem bardzo, bo widzę rzeczy, których nie można zobaczyć nawet w Animal Planet. Robię to, co lubię i jeszcze mi za to płacą. Jak dobrze pójdzie, co jakiś czas uda mi się coś więcej napisać i opowiedzieć o tym miejscu. Polska Stacja Antarktyczna to cudowne miejsce. Zdjęcia z Antarktyki można zobaczyć na Instagramie @TomaszKurczaba.

Tomasz Kurczaba

Mapa – wyszukiwanie adresów

NEWSLETTER

Dowiedz się pierwszy o nadchodzących imprezach kulturalnych
i wydarzeniach z życia Gminy Rokietnica!