Aktualności

79 równoleżnik, czyli ostatni krok przed biegunem

data publikacji: 08/05/2018

KATEGORIA: Kultura

Spitsbergen latem to nadal nieprzewidywalne miejsce.

Lato się już skończyło, słońce schodziło poniżej horyzontu. Był 1 września, w Polsce dzieciaki zaczynały szkołę, a na dalekiej północy my zaczynaliśmy naszą przygodę. Od miesiąca już po raz kolejny byłem na Spitsbergenie. W stacji UAM Petuniabukta, jak co roku pracowałem jako asystent terenowy – ładna nazwa. Do moich obowiązków należało wszystko od zajmowania się stacją po prowadzenie obserwacji meteorologicznych i glacjologicznych. Udało się namówić kierownika wyprawy na małe wolne.

Plan na najbliższe dni był bardzo wyrafinowany. Spakowaliśmy jedzenie na sześć dni. Żywność liofilizowana była bardzo przydatna – Tydzień włoski. Spaghetti i ryż z warzywami to nasza przyszłość. Na śniadania zabraliśmy wazę, pasztety i musli. Najważniejsza dla nas była waga plecaka. Trzeba przewidzieć pogodę, dobrać ciuszki – mam na myśli ograniczenie ilości bielizny i skarpetek. Minimum z możliwości. Nie brałem nawet ręcznika, bo i tak się nie będę kąpał przez ten czas, nie ma szans. Kurtka, śpiwór, czapka i koszulka do spania to najważniejsze rzeczy prócz jedzenia i oczywiście aparatu.

Przed nami trasa na ponad 100 km w terenie niedostępnym dla śmiertelnika, dla szarego polskiego obywatela to nawet nie do pomyślenia. Zresztą, po co ktoś miałby chcieć się tak torturować i dreptać. Zimno, wieje, męczarnia, pot i krew. Niestety tak jest, że północ nie wybacza błędów. Idzie zima, pierwszy września. Zaczynamy od badań przepływu wody na pobliskim lodowcu. Co dzień trzeba było robić przepływ, więc już doświadczeni pokonaliśmy to szybko. Część z nas poszła dołem, od razu przekroczyła rzekę. Ja z jednym osobnikiem robiliśmy pomiary. Po 40 minutach ruszyliśmy wszyscy dalej. Było już chłodno, więc rzeki powinny być małe. Przed nami podejście do jednego z większych w okolicy lodowców. Niezaplanowana prezerwa, bo wpakowaliśmy się w błoto. Mokry, zasysający piasek pochłonął nogi Marcina. Ucieczka jest bardzo mozolna i trudna. Jak noga wejdzie po łydki to już jest walka o życie. Udało się nam Marcina wyciągnąć. Byliśmy 5 km od stacji, to było tylko 5km. Nie zrobiliśmy nawet zdjęcia do nekrologu. Byliśmy tak zafascynowani wyjściem, że zapomnieliśmy o takim wspólnym fociu.

Doszliśmy pod lodowiec, wypłaszczony, długi, szeroki. Pogoda była dobra, nie wiało, temperatura około 2oC. Podchodzimy po lodzie już w rakach. Nasze plecaki są mimo wszystko dość ciężkie. Spotykamy przyjaciół ze stacji. Oni robią pomiary, a my z nimi zdjęcie. Ruszamy wyżej i wyżej. Do przejścia kilka kanałów lodowych. Pierwszy z nich udaje się przejść przez śnieżny most. Pod nami metr śniegu i kilkanaście metrów otchłani. Kolejne już trzeba było skakać. Szerokie na półtora metra przerwy w lodzie bardzo ostrożnie musieliśmy przeskoczyć. Wszyscy są cali, troszkę adrenaliny nikogo nie zabiło. Idziemy jeszcze wyżej, zaczyna padać śnieg, temperatura spada, wysiłek wzrasta. Dochodzimy na przełęcz, to miejsce łączy dwa lodowce. Tak daleko na północ nigdy nie byłem, bije kolejne rekordy północnych odległości. Zaczyna się przyjemniejsza cześć trasy, czyli zejście. To był najwyższy punkt trasy, ale jak pokazała przyszłość, nie najtrudniejszy.

Przeszliśmy ten kawał lodu, na mapach narysowane było jezioro. Błądziliśmy po jego dnie. Suchy piasek, ślady zwierząt i ludzi. Spotkałem dwa tygodnie wcześniej grupę piechurów podążających trekking w tych okolicach. Dobrze się stało, bo mogliśmy wykorzystać ich ślady, minimalnie bezpieczniej. W pewnym momencie była do pokonania mała rzeka. Dwie osoby przeskoczyły delikatnie, mocząc buty. Ja nie chcąc powtarzać doświadczeń z Kirgistanu, ściągnąłem papcie i przeszedłem ten lodowaty potok. Palce zgrabiałe, grymas na twarzy, pierwsze piekło za mną. Weszliśmy na kolejny lodowiec. Schodząc w dół, mieliśmy dojść do następnego, jednak coś poszło nie tak. Ogromna przepaść, rzeka i dół na kilkanaście metrów głęboki. Zrobiło się szeroko, bardzo. Próbowaliśmy to przejść, ale nie szło, nie chcieliśmy aż tak ryzykować. To już nie była niewinna zabawa pod stacją. Musieliśmy cofnąć się kilkaset metrów w górę lodowca, wspiąć się na stok, z którego ziemia spływała pod ciężarem samej siebie. Szliśmy bardzo ostrożnie. Wychodząc z jednego labiryntu, wpakowaliśmy się w kolejny. Dreptaliśmy w dość dużym kanionie, ogromne kamienie i głazy wystawały z ziemi. Ściany wysokie na kilkadziesiąt metrów wskazywały jak potężne siły natury działały na to miejsce kiedyś. Krążyliśmy w prawo i w lewo w poszukiwaniu dobrego wyjścia. Udało się.

Było już późno, temperatura spadła poniżej zera, robiło się szaro. Wyszliśmy na otwarty teren. To, co ujrzałem na oczy, przeszło moje wszystkie oczekiwania. Pionowa ściana lodu, ogromna, niebieska, błękitna, granatowa. Kolory mieszały się razem w różne wzory, przed lodem z pozoru niewinna rzeczka i wielkie kawały lodu, które odpadły w magiczny sposób od całego cielska. Mimo zapadającego zmroku i kilku kilometrów do noclegu cieszyliśmy się jak małe dzieci. Ta radość przysłoniła chyba racjonalne myślenie, bo zaczął się mały horror. Najgorsze zawsze są rzeki, woda to siła bardzo ciężka do poskromienia. Bardzo szeroka i z pozoru płytka.  To pierwsze błędne wnioski. Michał przeszedł bez butów, zamaczając sobie tyłek i nalewając wodę do papcia. Marcin próbował w dwóch miejscach. Ja i Kacper chcieliśmy przejść dookoła, niestety było bardzo błotniście, więc najlepiej na boso. Ziemia okropnie zimna, woda miała pewnie zero stopni, bo wypływała prosto z lodowca. Samo zetknięcie stopy z wodą sprawiało, że nawet najlepiej izolowane części męskiego ciała kurczyły się w niemożliwy dla nich sposób. Deptaliśmy po błocie, który obklejał stopy, łydki swą lodowatością. Błądziliśmy jakieś 30 minut po grząskim mule. Palce wykręciły mi się prawie o 180o. Ból był bardzo duży, zimno sprawiało, że stopy traciły czucie, były sztywne, całe w błocie. Nie dało się przejść tej rzeki, żeby się nie zmoczyć. Skończyliśmy próby, umyliśmy nogi z okropnego błota, założyliśmy buty. Marcin próbował wtedy przejść rzekę w innym miejscu. Zrobił krok, drugi i zniknął. Zobaczyłem tylko kawałek pokrowca od karabinu, końcówkę. Nie wiedziałem, co mam zrobić, odpiąłem pas biodrowy z plecaka i szybko podskoczyłem do rzeki. Marcin wynurzył się z wody i wypełzł na brzeg. Temperatura minusowa, woda lodowata, my mieliśmy spać pod namiotem. Plecak, wszystko mokre, co do nitki. Jest źle. Michał po drugiej stronie rzeki, Marcin przemoczony. Jeden karabin i 30 km od stacji. Jest źle.

Plan na szybko taki, iż Kacper i Marcin idą szybciej szukać chatki. Musiał iść się rozgrzać, daliśmy mu zapasowe ciuchy, żeby nie dostał hipotermii. Twardy szedł przed siebie. Zmieniliśmy trasę na stok. Ciemność nastała, na szczęście nie była to noc taka jak w tym czasie w Polsce, szarówa już nieprzyjemna. Szliśmy z Michałem dość szybkim tempem, ale z obolałymi stopami. Pięty obdarte do krwi, palce nadal zamarznięte. Byłem bardzo zmęczony, szliśmy z radiem i hukówką, jako drugi zespół. Po godzinie złapaliśmy na widok jakiś mały budynek i pierwszą ekipę. Dotarliśmy do chatki po 13h wędrówki i walki o życie. Zmęczeni, mokrzy i głodni. Chatka zamknięta tylko na gwóźdź. Ucieszeni.

Wody brak, kominek jest, gaz jest, uratowani. Standard jak na tamten region lepszy niż w niejednym Hiltonie. Drewniana chatka, sofa, dwa łóżka, kuchnia, piec, przygotowane drewno. Po chwili już mamy rozpalone w kozie. Trzeba przynieść wodę! W pobliżu były jeziorka, więc idziemy tam po zaopatrzenie, przegotujemy i będzie git. Kilka litrów do rana wystarczy. Liofilizat zalany, będzie jedzone. Smakuje wybornie, ten proszek zmienił się w najlepsze tego dnia danie. Wcinamy zachwyceni ciepłym jedzonkiem. Robimy herbatę i do spania. Dwie osoby na łóżkach, dwie na sofie. W nocy sięgam po herbatę, a tam obrzydliwy napój. Słona woda. Fuj. Coś jest nie tak. Chyba mamy słoną wodę. Do rana wytrzymujemy. Jeziorka są na wysokości fjordu, więc faktycznie zasolenie jest w nich większe niż zdrowe. Idziemy po lód, który wzburzone morze wyrzuciło na brzeg. Buty mokre, skarpetki mokre, ale pić trzeba. Pogoda się psuje, my jesteśmy wykończeni.

Wieje straszliwie. Cały dzień przechodzi nam na rozmowach, planach i grze w karty. Nieliczni wychodzą po lód do topienia. Morze bardzo wzburzone przybiera rozmaite kształty i kolory. Odpoczywamy te kilkanaście godzin, paląc w kominku do czerwoności. Przy takiej aurze szybko domek się wychładza. Na bieżąco dorzucamy drewno do kozy. Mijają godziny, tematy rozmowy krążą po zaułkach całego świata. Pogoda nie zapowiada się na lepszą. Na obiad travel-lunch, nie spodziewałem się niczego innego. Zjeść, wypić ciepłej herbaty, iść siusiu i spać. Ciężko się zasypiało po tak ochoczo przesiedzianym dniu. Wypoczęci budziliśmy się w nocy, żeby dogrzać chatkę, w której najczęściej i tak było za gorąco. Wiatr szumiał okropnie. Ściany trzęsły się i skrzypiały, upiorna noc.

Rankiem wiatr zelżał tylko minimalnie. Wypogodziło się. Już nie padało, chmury odchodziły. To nasz dzień. To dzień wejścia na równoleżnik 79. To już bardzo blisko bieguna, już czuć jego obecność, już czuć jego chłód. Od ujścia fjordu, który jest i tak skierowany w stronę północy, nie ma nic innego. Tam już jest tylko północny czubek ziemi. Wyruszyliśmy koło 9 rano po śniadaniu i leniwym zebraniu gratów. Marsz nie był już tak trudny, choć mieliśmy do przejścia kilka rzek. Z rana lód na wodzie pomagał nam przechodzić cieki. Pod wiatr, ale to jak w życiu, nie może być łatwo. Mijaliśmy doliny, rzeki, kości zwierząt i ślady niedźwiedzi. Dochodzimy. Rozlewisko, ujście rzeki. Trochę kamieni, trochę belek drewna, nic poza tym. Z jednej strony radość, że cel osiągnięty, z drugiej niedowierzanie, że szliśmy po to, by stanąć po prostu na czymś płaskim. Zdjęcia – zrobione, najdalej na północ piwo – zrobione. Ustawiliśmy taki napis 79N i powrót. Spokojnym spacerkiem udaliśmy się do chatki. Pogoda się poprawiła, już bez wiatru, słoneczko „grzało”.

Zmęczeni po całym dniu, rozpłaszczamy się na łóżkach. Szykuje się krótka drzemka. Taka godzinka snu. Słuchawki z nastrojową muzyczką w uszach i „kimanko”. Śni się coś dziwnego. Przekładam się z boku na bok, w końcu podnoszę głowę, bo jakieś dziwne odgłosy spać nie dają. To nie był wiatr, to nie był człowiek.  Dźwięki ocierającego się bytu wyrwały mnie z łóżka. Ostrożnie, zaspany opuściłem się na podłogę. Bez okularów, tak trochę jak z reklamy rutinoscorbin, niewyraźnie jest. Zakładam szkła i stoję osłupiały. Patrzę przed siebie i nie dowierzam. Okno na wysokości 70 cm, a za szybą wielka biała postać. Coś gigantycznego rusza się za domkiem. Mam ogromny dylemat, brać broń czy aparat. Czy jesteśmy bezpieczni w chatce czy nie. Drzwi tylko na klamkę zatrzaśnięte, nie jest dobrze. Adrenalina podrosła w mgnieniu oka. Ręce drżą, głos drży. Robi się strasznie. Cicho mówię do Michała, żeby nie robił gwałtownych ruchów. Wstawał powoli, bo za oknem jest niedźwiedź. Biały morderca patrzy mi w oczy i próbuje się do stać do środka. Hałas budzi resztę chłopaków i po szybkim poukładaniu myśli wiemy, że otoczyły nas trzy niedźwiedzie polarne. Chwytam za aparat, ale okna są na tyle małe, że w 4 ciężko stać przy nich i patrzeć na misie. Wszystko działo się szybko. Kilkadziesiąt zdjęć i uzbrojony Tomek chce wyjść swoim wyglądem wystraszyć olbrzymy. Sięgam za klamkę i słyszę „Stop, jest za drzwiami”. W tym momencie niedźwiedź wąchał drzwi, a ja miałem je otworzyć. Ciekawe, kto by się bardziej przestraszył. Musieliśmy rozstrzygnąć to spotkanie na własną korzyść, więc po kilkunastu sekundach, kiedy to zrobiło się kilka metrów wolnego miejsca za domkiem. Wybiegłem z Marcinem przed chatkę. Akcja jak z Amerykańskich sił specjalnych. Dwa strzały, ostrzegawczy krzyk „AAAAABBBBAAAARRRRYYYYY…. SPADAĆ!!!” i niebezpieczeństwo zażegnane.

Następnego dnia tylko musieliśmy iść w ich stronę, bo już czas był wracać. Przespaliśmy się z tą wiadomością. Rankiem zebraliśmy manatki i bardzo ostrożnie, dużo szybciej niż w pierwszą stronę, udaliśmy się do bazy. Cała trasa zajęła nam jakieś 8 i pół godziny. Bilans tego wyjścia, minus 4 naboje, mnóstwo kilometrów, pot i krew wylane. Bardzo ciekawe wyjście w doskonałej ekipie. Równoleżnik 79N osiągnięty, cel zrobiony, przygód moc! Idzie już kolejne lato, kolejne wakacje czas na kolejną Arktykę. Na ten rok nowe plany, jakie? Pożyjemy zobaczymy, a chętnych zapraszam na Spitsbergen. W sierpniu niepowtarzalna możliwość wyjazdu razem z nami w najpiękniejsze rejony świata.

Tomasz Kurczaba

 

Mapa – wyszukiwanie adresów

NEWSLETTER

Dowiedz się pierwszy o nadchodzących imprezach kulturalnych
i wydarzeniach z życia Gminy Rokietnica!